Wiazowscy Sybiracy



Nazwa Sybir jest umowną nazwą ogromnego obszaru w byłym Związku Radzieckim usytuowany na wschód od Uralu i Morza Kaspijskiego, na północy od Chin, na południe od Oceanu Lodowatego. To wieczne zmarzliny Syberii, stepy Kazachstanu, a także krańce wielkiej Rosji z takimi ośrodkami jak Murmańsk czy Władywostok były miejscami zamieszkania przesiedleńców. Na te przepastne, odległe o tysiące kilometrów obszary trafiali na przestrzeni wieków zesłańcy Rzeczypospolitej Polskiej, nazywający później siebie Sybirakami. Pierwsi zesłańcy polscy z wojsk króla Stefana Batorego trafili na te okrutne ziemie już w roku 1582. Caryca Katarzyna II skazała w latach 1768 - 1772 na daleką Syberię ok. 10 tysięcy uczestników Konfederacji Barskiej, później byli to powstańcy z 1830 i 1863 roku.
 Te "doświadczenia" rosyjskich carów w walce z polskością z właściwą sobie precyzją wykorzystał Stalin. Właśnie masowymi zsyłkami na Sybir chciał rozwiązać problem ludności polskiej na zagarniętych 17 września 1939 r. Kresach Wschodnich. 10 lutego 1940 r. miała miejsce pierwsza masowa wywózka Polaków, rdzennych mieszkańców dzisiejszej Ukrainy, wtedy ziem polskich. Jeszcze w kwietniu tegoż roku akcję ponowiono, a w 1941 r. wiosną kolejne dwa razy transporty z Polakami ruszały na daleki wschód. Szacunki wywiezionych są różne. Jedne źródła mówią o 700 tys., inne nawet o 1.300 tys. Ogromna ilość z nich nie przeżyła tej Golgoty. Niektórzy pozostali, ale znakomita, pozostała przy życiu część rodzin powróciła w latach 1945-1947 do Polski. Jako repatrianci byli osiedlani głównie na tzw. Ziemiach Odzyskanych, w tym na Dolnym Śląsku. Także na terenie gminy Wiązów osiedliły się rodziny, które zaznały piekła Sybiru.

Związek Sybiraków

Już w 1921 powstał Niezależny Akademicki Związek Sybiraków skupiający młodych ludzi urodzonych na Syberii (istniał do 1927). W Katowicach żołnierze 5 Dywizji Syberyjskiej utworzyli w roku 1926 Zrzeszenie Sybiraków. W 1928 powstał Związek Sybiraków. Na honorowych członków związku wybrano jednogłośnie Józefa Piłsudskiego oraz etnologa i pisarza syberyjskiego Wacława Sieroszewskiego.
Po II wojnie światowej reaktywacja Związku Sybiraków nie była możliwa z powodów politycznych. Doszło do niej dopiero 17 grudnia 1988. Zarząd Główny Związku Sybiraków swoją siedzibę ma w Warszawie. W Strzelinie istnieje Koło Terenowe Związku skupiające Sybiraków z terenu powiatu strzelińskiego. Biuro Koła czynne jest w środy w godzinach 10 - 12 przy ul. Bolka I Świdnickiego 5 (tuż obok gmachu sądu). Kiedy z początkiem lat dziewięćdziesiątych ub.wieku sie organizowało skupiało ponad 250 członków. Dzisiaj (luty 2011) jest ich nieco ponad 90. Znaczna część z nich to osoby schorowane, często przykute do łóżek.
Żyjący Sybiracy z terenu Wiązowa (stan na dzień 20 luty 2011 r.) to: Jan Dębowicz, Tadeusz Jakubiel, Kazimiera Kabała, Józef Majerczyk, Józef Majerczyk II, Bronisław Malinowski, Franciszka Mucha, Helena Organistka, Michalina Szewczyk, Elżbieta Świerczyńska, Zofia Volpel, Bronisława Więckowicz, Stanisław Wojtuch, Maria Zielińska.

 

Tak wspominają nieludzką zsyłkę wiązowscy Sybiracy
 

Franciszka Mucha z siostrami Katarzyną, Elżbietą Świerczyńską (w środku) i Agnieszką Drzazga
 
Franciszka Mucha

Marzenia o chlebie do syta
Miała dwanaście lat, gdy wybuchła wojna. Ale jej okropności na trwałe wyryły się w pamięci dziś już starszej kobiety. Opowiada z zadziwiającą pamięcią szczegółowy, chociaż niektóre rzeczy były potworne, bestialskie, nie ma w jej relacji nuty nienawiści czy chęci odwetu. Często używa beznamiętnego, krótkiego zwrotu „tak było”.

Ojciec Franciszki Muchy, Józef Madeja, brał udział w pierwszej wojnie światowej. Jako mieszkaniec zaboru austriackiego został powołany do armii cesarskiej, później znalazł się w kawalerii legionów Piłsudskiego. Mieszkał wraz z rodzina we wsi Zalasowa w powiecie tarnowskim, województwie krakowskim. W 1925 sprzedał gospodarstwo w Galicji swojej siostrze, której mąż zginął na wojnie, z sam postanowił się przenieść na żyźniejsze ziemie na Kresach Wschodnich. Nie wiedział wtedy, jaki okrutny los gotuje swojej rodzinie, wyprowadzając się w tamte strony, ale gospodarstwo musiał już kupić. Wcześniej po wojnie bolszewickiej, marszałek Piłsudski nadał nieodpłatnie ziemię w tej części Kresów swoim weteranom legionów.
Rodzina Józefa Madei zamieszkała w kolonii o nazwie Królewszczyzna, w województwie tarnopolskim. Zazwyczaj wioski ukraińskie były położone w dolinie, a górą w koloniach zamieszkiwali Polacy. Józef Madeja w 1933r. wyjechał do pracy we Francji i w domu zostało siedmioro dzieci tylko z matką (trzy córki wyszły już za mąż i były „na swoim”). Najstarszy Józio miał pięć lat, jak wybuchła wojna.
- We wsi było kółko rolnicze (tak nazywano sklep ogólnospożywczy) i szkoła. Polskie dzieci uczył nauczyciel ukraiński, jego zona uczyła dzieci ukraińskie. Ukrainiec był bardzo surowy i często bił dzieci więc został zmieniony na nauczyciela Polaka - wspomina pani Franciszka.
Po wkroczeniu 17 września 1939 r. na Kresy Rosjan zrobiło się bezkrólewie. Ruskie wojsko weszło głodne i zostało przez Polaków potraktowane po ludzku – częstowano ich chlebem i mlekiem. Natomiast Ukraińcy, widząc bierność Rosjan, zaczęli bardzo podnosić głowy. Nocą wystrzeliwali race w niebo i krzyczeli, że idą "rezać" Polaków. Ludność polska bała się na noc pozostawać w obejściach i chroniła się w pobliskich zaroślach.
Przez nieuwagę jednego z Ukraińców spaliło się pół pobliskiej wsi Justynówka, co poczytali za dopust Boży. Nie rezajcie  wszystkich, tylko tych, na których macie złość – przestrzegały Ukrainki swoich mężczyzn przed wyruszeniem na podpalenie i grabież polskich osad. To była późna jesień 1939 r. Dopiero wtedy Rosjanie ostrzej zareagowali na bandyckie akcje Ukraińców.
Nienawiść Ukraińców do Polaków nie ustawała. Nawet jak ci byli już w wagonach, by zostać wywiezionymi na Sybir, słyszeli jak Ukraińcy, ciesząc się, spiewali: Propała Polsza, propała Warszawa Tylko nie poprała ukraińska sława. - Oni myśleli, że Hitler da im wolną Ukrainę- uważa pani Franciszka. Wiosną 1940r. Ukraińcy zamordowali ich księdza Mariana Dziamarskiego i Emilię Steinar (sprzątała w kościele). Oboje związali drutem kolczastym i ciągnęli przez całą Nowosiółkę, a potem utopili ich w rzece Koropiec.
Nawet jak zesłańcy wracali z Sybiru w 1946r., to Ukraińcy przebrani w polskie mundury zatrzymali w szczerym polu koło Kijowa transport, chcąc go wysadzić w powietrze. Pomogła dopiero interwencja Rosjan, którzy odprowadzili pociąg do Lublina.

Życie na Sybirze
W pamiętny dla setek rodzin na Kresach dzień dziesiąty lutego 1940 r. do drzwi Madejów zapukali enkawudziści, dając im dwadzieścia minut na spakowanie i zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Pognali ich najpierw do szkoły, a potem na stację. We wsi zostawili tylko chłopa nazwiskiem Pawlukiewicz. - Nikt nie wiedział, dlaczego on pozostał- mówi pani Franciszka.
Całą kolonię zesłano na Sybir. Do Krasnorajska dojechali dopiero czternastego marca, po dwóch miesiącach podróży w bydlęcych wagonach. W Omsku był postój na łaźnię. Do jedzenia dostawali kaszę z rybim tranem i kapuśniak. Z Krasnorajska przewieziono ich samochodami do Kozaczańska, a stąd saniami do korony. Zamieszkiwali w barakach, a jednym cztery- pięć rodzin. Na trzeci dzień do roboty do tajgi ścinać drzewa – od rana do wieczora. Miejscowi mówili, ze Polacy przywieźli ciepło, bo było minus 50 stopni, a przedtem dochodziło do minus 60. Rano pili kipiatok skórka chleba zanurzona we wrzątku. Po powrocie z roboty rozpalali w beczce ogień. Mężczyźni otrzymywali dzienną rację chleba 800g. ciężej pracujące Kobiety 600g. lżej 400g. dzieci 200g. Do tego dostawali troche kaszy jęczmiennej i parę deka cukru. Taki sposób odżywiania spowodował, że nastoletnia Frania zapadła na malarię. Na szczęście ktoś miał chininę i to ją uratowało.
- Ten przydział można by zjeść w ciągu jednego dnia - komentuje Subiraczka.
Przewozili ich z miejsca na miejsce, zależy gdzie była robota. Trudów nie wytrzymała mama pani Frani, która zmarła w 1943r. Wtedy ośmioletniego Józia zabrali do domu dziecka.
Na Syberii nie wolno było z nikim rozmawiać. Jak byli w Jenisejsku, to pokazywali im film o zbrodni katyńskiej. Była tam Wanda Wasilewska i wychodziło, ze to Niemcy pomordowali polskich oficerów.
Na Syberii rodzeństwo Madejów przebywało do sierpnia 1944 r..

Ukraina i Wiązów
Powrócili na Ukrainę do sowchozu Pogorielowa koło Waroszylogradu. Byli w tej okolicy dońscy kozacy, którzy lubili Polaków, a nie przepadali za Ukraińcami, którzy według nich umieli tylko grabić i mordować.
W sowchodzie było dużo lżej, gdyż pracując przy zbiorze marchwi czy kapusty, można było się najeść. W lutym 1946 r. wyjechali do Polski, najpierw do Stargardy Szczecińskiego, a w sierpniu tegoż roku byli już w Wiązowie. Przebywał tu już ich szwagier Stanisław Wnęk. W 1947 r. Dotarł do nich ojciec Józef Madeja. Tego co przeżyła nie sposób przelać na papier. Nie czuje nienawiści do Ukraińców, tylko do tej pory nie może zrozumievć ich nieludzkich, bestialskich czynów. Natomiast z uznaniem wyrażą się o Rosjanach. Jej zdaniem, to dobrzy ludzie, którzy sami będąc zniewoleni, potrafili przynajmniej okazać współczucie doli zesłańców. Jednym z najczętszych marzeń ludzi starszych podczas tego strasznego zesłania byłą jedna myśl – by przed śmiercią najeść sie chleba do syta.


 

Maria Zielińska

Maria Zielińska

Pięć lat w ciemnej tajdze
Nie patrząc na czas mroźnej zimy 10 lutego 1940 r. Rosjanie przeprowadzili pierwszą masową deportację ludności polskiej ,,na Sybir”, która w pierwszym rzucie objęła ok. 320 tys. osób. Wysiedlano nie tylko całe rodziny, ale wsie, osady. Osiemnastoletnia Maria Marcinkiewicz (obecnie Zielińska) w czasie wybuchu wojny mieszkała wraz z rodzicami i szóstką rodzeństwa w liczącej dziewięć numerów kolonii o nazwie Stadnina w województwie tarnopolskim. Gospodarzyli na piętnastu morgach. 17 września 1939 r. wieś zajęli Rosjanie, ale był w miarę spokój.
- W nocy z piątku na sobotę 10/11 lutego 1940r. ok. godz. 3.30 zostaliśmy obudzeni przez ruskich sołdatów. Dali zabrać tylko tobołek , kazali pakować się na sanie i pojechaliśmy na stację, gdzie stały podstawione bydlęce wagony. Kłamali nas mówiąc, że wyjeżdżamy tylko na trzy dni. Mama przeczuwała najgorsze i chciała zabić na drogę kurę, ale została zdzielona przez poganiającego nas żołnierza kolbą karabinu. Zabrali całą wieś - opowiada pani Maria.
W Tarnopolu uformowano pociąg z kilkudziesięciu wagonów, który po kilkunastu dniach dotarł do Krasnojarska na Syberii. Stąd saniami dotarli do powiatowego miasta Jenisejsk, a następnie barkami do miejsca przeznaczenia – wsi Tasiejewka. Pracowali przy rżnięciu drzewa. Powalone pnie trzeba było pociąć na metrowe odcinki.
- Wespół z siostrą musiałam naciąć i ułożyć dwanaście kubików drewna. To była norma, za którą otrzymywało się na wieczór kilogram czarnego chleba. Jak nie było normy, to tylko pół kilo. A mróz sięgał minus 30 stopni C, że piły pękały – wspomina sybiraczka.
Worek ziemniaków na miesiąc, pół litra oleju, łój, po 20 dkg kaszy jaglanej na osobę, to były przydziałowe artykuły, z których przyrządzali strawę. W tajdze przepracowali pięć lat. Potem po porozumieniu Związku Patriotów Polskich z rządem ZSRR trafili do Starobielska. Tu pracowali w fabryce wozów konnych przeznaczonych dla kołchozów. W marcu 1946 r. wyjechali do Polski, dotarli do wsi pod Stargardem Szczecińskim.
- Ja dzisiaj często się zastanawiam, jak to przeżyliśmy. Mróz i ciągły głód były nie do zniesienia. Nasza rodzina wróciła w komplecie, ale nasi sąsiedzi zostawili w śniegach Syberii troje członków pięcioosobowej rodziny. Ojciec i dwoje dzieci zmarło z głodu - mówi była zesłanka.

Do Wiązowa
W sierpniu 1946r. przyjechała wraz z bratem Izydorem do Wiązowa, który jako pierwsza znaczna miejscowość w powiecie, został wyzwolony (14.02.1945r.). Zamieszkała w ostatnim budynku przy ul. Staszica (przy dzisiejszym osiedlu Mickiewicza), później przeniosła się do innego wolnego budynku, dwieście metrów dalej. Brat powrócił do rodziny pod Stargard Szczeciński.
Jesienią roku 1946 Wiązów zamieszkiwało, według szacunków pani Marii, około 20-25 rodzin.
- Niemal cała ulica Staszica była niezamieszkana. Dopiero na początku lat 50 Wiązów zaczął się szybko zaludniać. Było biednie, ale ludzie byli dla siebie przyjaźnie nastawieni, mimo że pochodzili z różnych stron Polski. Wieczorami zbieraliśmy się na pogawędki, jak jedna rodzina. Dzisiaj już tego wzajemnego szacunku, niestety, nie ma - zauważa Maria Zielińska.
Pracowała u miejscowego ogrodnika. W Wiązowie poznała swego męża Wacława Zielińskiego  (niestety, już nieżyjącego), który również pochodził z Kresów i przeszedł szlak bojowy z II Armią WP. W Wiązowie pracował jako referent w zarządzie miasta, a potem jako księgowy w gminnej spółdzielni, która powstała w 1948 r. Razem z mężem przenieśli się do obecnie zajmowanego budynku przy ul. Armii Ludowej 34.
Pierwsze powojenne sklepy to piekarnia p. Przydacza, rzeźnia braci Piaseckich, sklep kolonialny p. Bugajnego . Powodzeniem cieszył się ostały magiel przy ul. Daszyńskiego.
Jak nastał geesy, to sklepów przybyło. Szkoła mieściła się w byłej fabryce cygar, późniejszej galanterii. Stał  jeszcze dobrze zachowany kościół ewangelicki, nie wiadomo czemu rozebrany przez władze polskie na początku lat 50. W parafialnym kościele katolickim odprawiał msze święte ksiądz proboszcz Jan Kucy. W dzisiejszych kościołach filialnych uroczyste nabożeństwa odbywały się tylko w dniach odpustu. Ratusz nie był zniszczony, jedynie elewacja była obskurna. Cmentarz żołnierzy Armii Czerwonej jeszcze był urządzany.
Taki Wiązów z pierwszych lat powojennych zapamiętała jedna z pierwszych jego mieszkanek.
- Jednak trzeba być sprawiedliwym i powiedzieć, że w przeciągu minionych lat Wiązów systematycznie zmieniał się na korzyść. Może młodzi tego nie widzą, ale z perspektywy kilkudziesięciu lat trudno tego nie dostrzec. Jest w tym tez zasługa samych mieszkańców - podkreśla pionierka miasta.


 

Bronisława Więckowicz
 
Bronisława Więckowicz

Łza się w oku kręci
10 lutego  1940 r. wywieziono ich na Sybir. W sześć lat później, także 10 lutego, wsiedli do pociągu, który miał ich przywieźć do Polski. Wracała bez dwóch braci, którzy zostali pochowani na dalekim, bezkresnym pustkowiu. Pani Bronisławie Więckowicz z Wiązowa bardzo trudno o tamtych latach mówić.
Ona i jej rodzeństwo urodziło się na Kresach Wschodnich. Ale jej rodzice to rodowici górale, matka Helena z Łukaszczyków, pochodziła spod Zakopanego, a ojciec Józef Majerczyk spod Nowego Targu. Jako młodzi ludzie wraz ze swoimi rodzicami wyjechali w 1920 roku z ojczystego Podhala ,,za ziemią”, której pod dostatkiem było na wschodnich rubieżach II Rzeczypospolitej. Ojciec Heleny był leśniczym i brakowało mu zaledwie dwóch lat do emerytury. Jednak                     o wyjeździe przesądziła powszechna opinia, że ,,tam” jest ziemia, na której się rodzi. I wyjechali. Ale miejscowość, w której mieszkali w województwie tarnopolskim przyjęła swojską, góralską nazwę Kosztówka Podhalańska. Tu przyszli rodzice pani Bronisławy się pobrali, a ona przyszła na świat w 1925r. jako najstarsze dziecko w rodzinie.
- Tata nie przypuszczał, że będzie gospodarował na Kresach tylko dwadzieścia lat. W lutym 1940 r. wywieźli nas na Sybir - mówi pani Bronisława.
Pierwszą tragedię zawieruchy wojennej przeżyli we wrześniu 1939 r. kiedy Ukraińcy spalili ich całą wioskę. Z inwentarza ojciec zdołał uratować tylko konia i dwie krowy. Mieszkańcy uciekli w las. Kiedy nad wszystkim zapanowali Rosjanie, zamieszkali w szkole. Ale Stalin miał inne plany do zamieszkałych na Kresach Polaków.


W siną dal
Około 4.30 rano 10 lutego 1940 roku w chałupie Majerczyków pojawił się ruski żołnierz wraz z Ukraińcem i kazali się ubrać i wyjść na zbiórkę. Każdy chwycił to co miał pod ręką. Wyjechali całą rodziną: mama, tata, piętnastoletnia Bronia, dziesięcioletni Józek, sześcioletni Janek i ośmiomiesięczny Franiu. Razem z nimi jechała babcia i siostry mamy. W dalekim kraju na wieczne spoczywanie pozostał Franiu, który zmarł zaraz po przyjeździe na Sybir z wycieńczenia i Janek, który w 1943r. dostał śmiertelnego zapalenia opon mózgowych.
Po dwóch miesiącach podróży bydlęcymi wagonami dotarli do Krasnojarska. Potem dwa tygodnie jechali saniami przy ponad dwudziestostopniowym mrozie stając co 40 km. Następny etap podróży odbywał się konno, a ostatni samochodami. Zakwaterowali ich w barakach, a ich praca polegała na wyrębie drzew. W 1943 r. dostali się do pracy w kołchozie, a w tym samym roku ojciec Józef został powołany do wojska. Swój szlak bojowy zakończył w szeregach armii polskiej 180 km za Berlinem.

Oko w oko ze śmiercią
O swej gehennie pani Bronisławie trudno mówić. Łzy same cisną się do oczu na wspomnienia tamtych dni.
Jakże wymownie i dramatycznie zabrzmiały jej słowa, gdy powiedziała – Nawet takiemu zbrodniarzowi jak Hitlerowi nie życzyłabym tego, co myśmy przeszli! Śmierć często zaglądała jej w oczy. Pani Bronisława opowiada historie, kiedy omal nie zamarzła na śmierć. Swoje uratowanie utożsamia z cudem.
Wraz z inna, starszą Polką wzięły na sanki trochę nafty i soli, by w oddalonej o 30 km wsi zamieszkałej przez Rosjan (byli wyjątkowo życzliwi dla Polaków) wymienić to na artykuły spożywcze. Handel z miejscową ludnością był srodze zakazany. Za swój towar dostali brukiew i ziemniaki. Udali się w drogę powrotną ciągnąc za sobą sanki. Było już późno wieczorem, ciemno i pobłądzili. Jej towarzyszka widząc, że Bronia idzie wolniej zostawiła ją  z jej workiem na śnieżnym pustkowiu. Dziewczyna schowała swój worek w śniegu znacząc miejsce wetkniętym kijem. Ruszyła w dalszą drogę. Coraz bardziej słaba. Upadła, modliła się i wstawała.
- Niczego się nie bałam, tylko niedźwiedzi. Mówią że nie ma Boga. Jest! To On mnie prowadził - twierdzi z przekonaniem.
Ostatniego upadku nie pamiętała. Ciemność. Przeleżała w blisko trzydziestostopniowym mrozie do rana. Jej towarzyszka odpowiedziała po przybyciu na pytanie- gdzie dziewuszka- dziewuszka idiosz. Potem zrobił się raban i nadeszła pomoc. Rosjanie stosowali różne metody, by ją ratować . Jedna z Rosjanek zabiła kurę i jej żółcią posmarowała nogę Broni, którą potem zawinęła. To jej uratowało kończynę. Brat Józiu dostał konie od kierownika kołchozu i pognał po doktora. Niektórzy mówili, że trzeba pogodzić się z losem. Jej już nie da się uratować. Ale po kilkunastu godzinach odzyskała powoli świadomość, zawołała – pić. Trafiła do szpitala. Lekarze znowu zaczęli mówić o amputacji ropiejącej nogi. Na szczęście zastosowane leczenie pomogło.
Takich dramatycznych spotkań oko w oko ze śmiercią w zesłańczej tułaczce pani Bronisławy było wiele.
Nie wolno było wychodzić poza teren obozu. A mimo to wychodzili po czeremsze. Podobna do czosnku zapobiegała szerzącej się chorobie dziąseł, po której wypadały zęby. Raz omal nie została stratowana przez konia komendanta, kiedy ukryta przed nim leżała w ciernistym krzaku z płachtą  czeremszy.  Innym razem została wystraszona przez niedźwiedzia. Raz z wiaderkiem jagód, z bratem zabłądzili w lesie 14 km od domu. Już myślała że to koniec. Ale co kilkaset metrów przykładała ucho do ziemi i nasłuchiwała. W końcu usłyszała swoich.

Ja cię rozgrzeszam
W 1944 r. rodzinę Broni przywieziono do kołchozu pod Woroszyłogradem. Tu przebywali do 1946 r., skąd, nomen omen, 10 lutego wyjechali do Polski. Trafili do Białogardu na Pomorzu, gdzie otrzymali list od ojca, który zajął dom w Wiązowie. Wielkanoc tego roku już spędzili wspólnie. Minęło  sześć lat od Wielkanocy na Sybirze.
Kiedy p. Bronia przyszła do spowiedzi do pierwszego powojennego proboszcza Wiązowa ks. Jana Kucego, ten po usłyszeniu, że wróciła z Sybiru rozpłakał się. – Tam zginęli moi rodzice. Idź dziecko, ułóż sobie życie. Ja cię rozgrzeszam – powiedział.
W Wiązowie zamieszkała wraz z rodziną w domu, w którym do dzisiaj mieszka brat Józef. Obok znajdował się obecnie nieistniejący  kościół ewangelicki, w którym jeszcze po wojnie odprawiały się msze, a dzwon słychać było hen, pod Strzelin.

Wspomnienia spisał Wiesław Mrówka

 

Pieśń Sybiraków

Ojczyzno nasza, ziemio ukochana
w 1939 r. cała krwią zalana
Nie dość, że Polskę cała na pół rozerwali
To jeszcze Polaków  na Sybir wygnali
10 luty będziem pamiętali
Jak przyszli Sowieci tośmy jeszcze spali
I nasze dzieci na sanie wsadzili
Na główną stację nas odprawili
 

O smutna chwila, o smutna godzina
Tej okrutnej chwili nikt zapomina
O tej nigdy nie zapomnę chwili
Gdy nas w ciemny wagon jak bydło wsadzili
Gdy polska ziemie żeśmy przejeżdżali
Tośmy ją tylko przez szpary żegnali 
Żegnamy Polskę, nasz kraj ukochany
Przez kraty żelazne, drzwi zaryglowane
Mijają tygodnie, dni, noce i doby
Raz na dzień dadzą zupy, chleba i wody
Mijamy Rosję, Góry Uralskie
I tak jedziemy dalej i dalej
14 marca stanęła maszyna
Już drugi transport z nami się zaczyna
Jedziemy autami, a potem saniami
Przez śnieżne tajgi, rzekami, lasami
O Polsko, ziemia nasza święta 
Gdzie twoi synowie, gdzie twe orlęta
Dzisiaj w sybirskie tajgi przyjechali
Czy będą ciebie jeszcze oglądali
Jesteśmy sami, straż nas zostawiła
Bo co tu będzie koło nas robiła
Świat nam zamknięty, wszędzie lasy, drzewa
Tylko ptaszyna czasem zaśpiewa
Zimno, smutno w czarnym lesie strasznie
Głód i tęsknota ciężko nas przygniata
Tyfus okrutny wśród ludzi się szerzy
Coraz to więcej ich pod sosnami leży
Słoneczko złociste smutno tu wschodziło
I do baraków rano zaglądało
Gdzie dziecinne trumny sosnami ubrane
Nad nimi matki klęczące spłakane


 

Modlitwa Sybiraków

Boże Ojcze, Twoje dzieci,
płaczą, żebrzą lepszej doli
Rok po roku marnie leci,
my w niewoli, my w niewoli

Słowa twoje nas uczyły,
każdy włos nasz policzony
Boże! Policz te mogiły,
te płaczące matki, żony

My już tyle krwi przelali,
że nią zmyte ojców grzechy
My już tyle łez wylali,
że nie starczy łez pociechy

Boże, padłszy na kolana,
ścieliłem Ci się dziś w pokorze
Polska łzami, krwią zalana,
krwią i łzami wskrześ ja Boże

Że tak będzie, serce czuje,
dusza myślą w niebo wzlata
Polskę naszą Bóg miłuje,
i ją wskrzesi w krótkie lata

 

Stronę opracował Wiesław Mrówka