background
logotype
image1 image2 image3

Z etykieta komunisty



- Wypędzeni komuniści wrócili z Francji - tak mówili o nas, kiedy w 1950 r. wraz z żoną i bratem Stanisławem przyjechaliśmy do Wiązowa. A jacy tam z nas komuniści? Nie podobało nam się, jak Francuzi „walczyli” z Niemcami, to taką etykietkę nam przyczepili - wspomina "Francuz" Antoni Biniecki.

Ładna willowa ulica Staszica w Wiązowie. Przez lata zadbana wyłącznie staraniem jej mieszkańców, którzy wyjątkowo dbają o estetykę swego otoczenia.

W jednym z domków osiedlił się w roku 1950 repatriant z Francji Antoni Biniecki. Vis a vis mieszkał jego młodszy brat Stanisław, z którym związani byli na dobre i złe. Kiedy przed kilku laty Stanisław zamieszkał u syna pod Wrocławiem, smutniej zrobiło się i Antoniemu. Rzadziej się widują, żeby, chociażby, wspomnieć dawne, młode burzliwe lata. A jest co.



Za robotą

Życiorys pana Antoniego to jeszcze jedna przypowiastka na powikłane losy Polaków w XX wieku. Nawet po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku za chlebem trzeba było ruszać na obczyznę.

W młodej II Rzeczypospolitej bieda mocno dawała znać o sobie. Również na wsi. W wielodzietnej chłopskiej rodzinie Binieckich spod Wielunia także był nadmiar rąk do pracy, a za dużo gęb do wyżywienia. Toteż młodzi wykorzystywali każda okazję, aby znaleźć pracę i wspomóc tych, co pozostali w domu. Była już wtedy legalna emigracja zarobkowa.

W 1922 do pracy we Francji wyjechał brat Antoniego Józef, w roku 1928 kolejny brat. W 1931 r. za chlebem do ojczyzny Napoleona wyruszył dwudziestoletni Antoni, w 1935 wyjechała siostra, a w 1936 dotarł tam Stanisław.

Pan Antoni pracował w przemyśle ciężkim, kopalni, hucie, na gospodarce. Najdłużej przebywał w miejscowości oddalonej o 70 km od Paryża. Zarobione pieniądze w znacznej części przesyłał do domu, do Polski.

- Myślałem, że popracuję 3-4 lata i wrócę do kraju. Jednak sytuację skomplikowała wojna- wyjaśnia pan Antoni.

Podczas wojny nie miał kontaktu z rodziną, która, jak się później dowiedział, została wysiedlona aż na Lubelszczyznę.

Swoją żonę Józefę poznał w 1939 roku. Okazało się, że pochodzi z tej samej parafii co on. Też przyjechała na roboty do Francji. W 1940 r. się pobrali.



Żołnierska tułaczka

W cztery tygodnie po ślubie dostał powołanie do wojska. Do armii tworzonej na Zachodzie przez generała Władysława Sikorskiego. Był żołnierzem VI Pułku Piechoty, który wchodził w skład II Dywizji Strzelców Pieszych, do czasu kapitulacji Francji.

- Dowodzili nami oficerowie francuscy. Mieliśmy za złe Francuzom, ze tak łatwo się poddali Niemcom- mówi rezerwista.

Wbrew sugestiom Francuzów przedarli się 20 czerwca 1940 r. do Szwajcarii, gdzie zostali internowani. W sumie było to dwanaście tysięcy chłopa z osiemnastotysięcznej dywizji. Szwajcarzy nie byli przygotowani na przyjęcie tylu ludzi. Na lokum wskazali im nieczynną garbarnię, którą sami zaadaptowali na pomieszczenia mieszkalne. Po pewnym czasie pojawiły się tarcia między żołnierzami a kadrą oficerską wywodzącą się z elit II Rzeczypospolitej.

- Nie podobał się nam dryl, jaki narzucili. Obowiązkowe chodzenie do Kościoła, śpiewanie patriotycznych, kościelnych pieśni. To wywoływało bunt bezczynnych młodych ludzi, przetrzymywanych w prymitywnych warunkach - tłumaczy tamto zachowanie pan Antoni.

Również dowództwo szwajcarskie niezbyt przychylnie patrzyło na masę internowanych Polaków. Ukażano ich za krytykantów swojej ojczyzny. Nazywali ich Schwarzpolen (Czarni Polacy).

- Było to dla nas szczególnie obraźliwe, jako że myśmy jako naród walczyli z Hitlerem, a nie, jak Francuzi, tchórzliwie się poddali- mówi.

Za tę niesubordynację z całą kampanią liczącą osiemset ludzi trafił do obozu karnego. Dwóch z nich, Żydów, napisało skargę do Instytutu Ochrony Jeńców Wojennych w Genewie. Po kilku dniach w obozie pojawiła się specjalna komisja. W rozmowie z jej szefem dowiedział się, że jest uważany za komunistę, choć on w to nie wierzy. Zaproponował podjęcie pracy przy osuszaniu pobliskich bagien, co gwarantowało zarobek i lepsze wyżywienie.

Podczas robót melioracyjnych po pół roku zachorował na zapalenie płuc. Leczenie w szpitalu polowym było słabe i złapał bronchit chroniczny, na który cierpi do dzisiaj. Kiedy chłopi szwajcarscy zwrócili się z ofertą pracy przy sianie, dowództwo obozu wyraziło na to zgodę. Przepracował u nich od lipca do listopada.

- Wtedy zrodził się pomysł ucieczki. Nie było żadnych perspektyw na lepsze jutro. Słyszeliśmy, że w „wolnej” Francji złożonej z 25 departamentów z rządem w Vichy generał de Gaulle tworzy armię- wspomina kolejny etap swej żołnierskiej tułaczki.

Razem z kolegą i bratem Stanisławem 11 listopada (znamienna data) 1941 r. przekroczyli łódką graniczną rzekę. Po wielu przygodach trafili do kolejnych obozów ciągle pilnowani przez Francuzów. Byli niby w wolnej Francji, ale kontrolowanej przez szpicli ułożonego z Niemcami rządu marszałka Petaina.

Z początkiem lutego 1941 r. zrezygnowani postanowili wracać do okupowanej Francji, do gospodarstwa, w którym pracowali. Znowu ucieczka, chwile strachu przed wpadką w ręce Niemców w Paryżu i szczęśliwe dotarcie do żony.

Po wojnie nie za bardzo chciał wracać do kraju, ale nalegała na wyjazd małżonka, która odczuwała skutki pracy ponad siły. Urodziła się już wtedy córka.

Po przybyciu do Wiązowa podjął pracę jako dróżnik (m.in. dojeżdżał na rowerze do Laskowic) i gospodarował na kawałku roli.

Kiedy wspomina lata po osiedleniu, zauważa za smutkiem, że ludzie byli wtedy bardziej scementowani.

- Nikomu nie przeszkadzało, czy ktoś jest wierzący, czy nie, bogaty czy biedny. Teraz co krok to zawiść i nienawiść- zauważa pan Antoni.

W chwili śmierci w roku liczył. Do konca był pełen pogody i wigoru z ułanską fantazją. i ułańską fantazję. Szkoda, że te atuty tamtego pokolenia już przemijają bezpowrotnie.

Opracował
Wiesław Mrówka

2020  Towarzystwo Miłośników Ziemi Wiązowskiej