background
logotype
image1 image2 image3

Udana ucieczka i cudowne wybawienie



Matka pięciu synów, Aleksandra Burba nie nacieszyła się swoimi dziećmi. Kiedy zakończyła się wojna, żadnego nie było w domu, a sama zmarła w 1946 r.

Każdego z nich ciężko doświadczyła wojna, która w ich rodzinnych stronach wybuchła 17 września 1939 r. Mieszkali w miasteczku Strupień, powiat Grodno, województwo białostockie.

Najstarszy, Edward, zginął w bitwie pod Warszawą na początku 1945 r. Emil, po wybuchu wojny dostał się do niewoli rosyjskiej i cudem udało mu się zbiec z Katynia, Florian dwa lata przebywał w obozie w Oświęcimiu, Henryk przez dwa lata był na robotach w Niemczech, a kiedy powrócił, Rosjanie zesłali go na 15 lat na Sybir za przynależność do Armii Krajowej. Wrócił dopiero w 1960 r. Także w rejon Archangielska został zesłany Wacław za działalność w Armii Krajowej. Ten powrócił po trzech latach zsyłki w 1948 r. Historię grozy wojny opwiadaja bracia Emil i Wacław Burbowie.

Katyń – ludobójstwo z premedytacją

Rosja dalej nie uznaje zbrodni katyńskiej za akt ludobójstwa .

- Jeżeli wymordowanie z premedytacją kilkunastu tysięcy polskich oficerów wziętych jako jeńców nie jest ludobójstwem, więc czymże jest? – pytają Polacy.

Odpowiedzi do dzisiaj Rosjanie nie udzielili. Ale żyją jeszcze świadkowie, którzy kopali groby dla przyszłych ofiar (w tym dla siebie).

Po zdradzieckiej napaści Związku Sowieckiego na Polskę 17 września 1939 r. Rosjanie wzięli podstępnie do niewoli prawie 15 tysięcy jeńców, w większości oficerów. Umieścili ich w trzech obozach, których nazwy, po latach milczenia, dzisiaj napawają grozą. Obozy mieściły się w byłych zabudowaniach klasztornych w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie.

Oprócz żołnierzy Sowieci za druty wpędzili lekarzy, prawników, inżynierów, ziemian, profesorów i nauczycieli duchownych, policjantów. Był to kwiat polskiej inteligencji.

Z liczby piętnastu tysięcy uwięzionych po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej w 1941 r. odnalazło się tylko ok. czterystu osób. Co się stało z pozostałymi tysiącami polskich oficerów? Pełnej, jasnej odpowiedzi brak. Historycy opierają się na domysłach. Katyń wyjaśnia los tylko ponad czterech tysięcy żołnierzy.

Na pewno setki zmarły w obozach wskutek chorób i głodu. Są wersje (dość wiarygodne) mówiące o topieniu jeńców wywożonych barkami na Morze Białe.

Jest jeszcze wiele białych plam tej tragedii, których bez pomocy Rosjan nie da się odsłonić. Pojawia się zasadnicze pytanie – dlaczego politycy z Kremla tak zaciekle skrywają tajemnice tamtych wydarzeń? Dlaczego bronią tyrana, jakim niewątpliwie był Stalin? Przecież tej zbrodni nie jest na pewno winien naród rosyjski, sam upodlony przez bolszewicki reżim. Odpowiedzi strony rosyjskiej nadal brak.

Katyń – to dziś nazwa budząca grozę, ale i szacunek dla tych, którzy tam zostali bestialsko pomordowani. Nie wiadomo, dlaczego na miejsce ludobójstwa wybrano las katyński. To do niego na początku kwietnia 1940 r. zaczęto przewozić jeńców z likwidowanego obozu w Kozielsku. Na miejsce kaźni przewożono ich wagonami, a ze stacji byli zabierani autobusem z pomalowanymi wapnem szybami. Po pół godzinie samochód wracał po następną grupę.

Niemcy, którzy dokonali odkrycia zbrodni w 1941 r. byli wstrząśnięci okrucieństwem wykonawców wyroku. Jeńcom nakładano pętlę na głowę i przed wykopanym rowem byli zabijani od tyłu strzałem w tył głowy. Większość zamordowanych miało rany kłute zadane bagnetami.

W ośmiu grobach katyńskich doliczono się 4300 zwłok, oficerów polskiej armii z obozu w Kozielsku.

Kopał rowy w Katyniu

Jednym ze świadków "katyńskiego piekła" był Emil Burba. Tylko cudem uniknął losu pozostałych jeńców. Z trudem wraca pamięcią do tamtych dni, ale jedno powtarza wielokrotnie: ,,kopałem rowy w lesie katyńskim”.

Kiedy wybuchała wojna z Niemcami w 1939 r., Emil Burba miał dwadzieścia dwa lata i służył w 7. Batalionie Pancernym w Grodnie. Po ukończeniu szkoły podoficerskiej awansował do stopnia kaprala. Miał prawo jazdy na wszystkie pojazdy i czołgi. Wraz z innymi żołnierzami w kilka dni po wkroczeniu Sowietów do Polski dostał się do niewoli. Początkowo osadzono ich w obozie w Kozielsku – osobno oficerów i osobno prostych żołnierzy.

- Różnie myśleliśmy o naszych losach. Albo że nas wezmą do kołchozu, albo rozstrzelają. Tylko rodziło się pytanie – za co? Przecież zbrojnie przeciw Rosjanom żeśmy nie wystąpili. Podobnie martwiliśmy się o los naszych oficerów – mówi Emil Burba.

W połowie marca 1940 r. kapral Burba wraz z innymi został przewieziony do lasu katyńskiego , gdzie rzekomo zatrudniono ich przy kopaniu ziemianek.

- To było od razu podejrzane. Przecież wiemy, jak wyglądają ziemianki. A kopaliśmy rów wokół góry w lesie o szerokości i głębokości do trzech metrów. Przeczuwaliśmy, że szykujemy mogiły dla siebie i innych – wspomina weteran.

Jednego dnia o zmroku podczas prac ziemnych osunęła się ściana piachu grzebiąc zatrudnionych tam ludzi żywcem. Zrobił się harmider, zamieszanie i wtedy Emil Burba wraz z kolegą uciekli. Niestety, tylko jemu udało się po koszmarnych przygodach dotrzeć do rodzinnego domu niedaleko Grodna.

A Katyń długo jeszcze będzie słowem – zaklęciem, które czeka na odsłonięcie całej prawdy. Być może młodsze pokolenia Rosjan spojrzą na tę sprawę obiektywnie, a przyszłe elity rządzące ujawnią mroczne tajemnice kremlowskich archiwów.

Zsyłka do Archangielska

Urodzony 25 wrzęsnia 1925 r. w miasteczku Strupień województwo białostockie Wacław Burba w roku 1943 wstąpił w szeregi Armii Krajowej.

Jako kapral przybrał pseudonim "Mundo". Jego oddział dowodzony przez por. Nosela działał w powiecie grodzieńskim. Były to typowe działania partyzanckie wykonywane przeważnie pod osłoną nocy. Mówiono o nich "leśne brygady". Ponieważ działalnośc w AK była przez polskie władze komunistyczne zakazana w roku 1945 Emil Burba został przez sąd w Grodnie skazany na 10 lat zsysłki.

- Moim miejscem odbywania kary stał się daleki i zimny Archangielsk. Otrzymałem numer obozowy 9372. Był to silnie strzeżony łagier – poprawczy obóz pracy – mówi p. Wacław.

Przebywali w drewnianych barakach po 150 osób w jednym. Mieli zabroniony kontakt z Polakami z innych baraków. Nieprzyjazny klimat dalekiej Syberii oraz głód, choroby i ciężka praca dziesiątkowały zesłańców. O świcie pędzono ich w grupach pod brame portierni, skąd w eskorcie uzbrojonych strażników docierali pieszo do odległego o 2 km miejsca pracy. Pracowali niby przy budowie fabryki rolniczej, ale dokładnie nikt nie wiedział co budują. Za całodzienne wyżywienie służyła podawana wieczorem chochla zupy.

- Trudno ciecz nazwać dziś zupą. Składały sie na nią grubo porżnięte pokrzywy. Do roztworu wrzucano w worku do zaparzenia. Następnie worek wyjmowano, obrane mięso z ryb zjadali kucharze, a nam do "zupy" wrzucano ości. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć tego smaku, ale bez tej "zupy" bym nie przeżył. Chleb dostawali tylko ci, którzy wykonali normę – wspomina Sybirak.

Strach, zimno, głód, nieludzkie traktowanie, praca ponad siły – to doprowadziło do wielu chorób. P. Wacław nabawił sie zapalenia c, nerek, skrzywienia kręgosłupa, malarii. Do tego doszło jeszcze odmrożenie nóg i rąk. Śmierć śmiało pukała do drzwi.

Nieznany wybawiciel

Dzień 27 sierpnia 1948 r. zsłaniec zapamięa do końca życia. Do dzisiaj nie wie, komu zawdzięcza swoje wybawienie. Opowiada p. Wacław:

- W środku nocy do baraku wszedł strażnik Wywołał dwa nazwiska do powstania, w tym moje. Nogi mi się ugięły ze strachu. Ogarnęła mnie tylko jedna myśl – czeka nas niechybna śmierć. Drugim wywołanym był mój kolega spod Lwowa. Kazano nam się ubrać i poprowadzono na portiernię. Trzech strażników ppędziło nas na oddaloną o 3 km stację kolejową. Dwie doby jechaliśmy bydlęcym wagonem do Moskwy. Stamtąd wieziennym wagonem powieziono nas dalej. Nikt nie mówił dokąd. Po czterech dniach podróży zatrzymaliśmy sie w Brześciu nad Bugiem. Miasto było już nie polskie, a leżało w nowych granicach ZSRR. Umieszczono nas w obozie dla jeńców niemieckich. Dwutygodniowy tam pobyt był rajem w porównaniu z gehenną w Archangielsku. Przebywajacy tu Niemcy opływali w dostatki. Bawili sie tańczyli. Przecieraliśmy oczy z tej niesamowitej odmiany – opisuje nieoczekiwane wybawienie.

Wypoczęty Wacław Burba ruszył ku swoim, do Polski. Dotrał do Księzyc, gdzie osiedlił się już jego brat Emil, równie cudem wydarty śmierci z lasu katyńskiego. Podjął pracę w PGR, założył rodzinę.

Jeszcze długo w Polsce Ludowej nie można było głośno mówić o swej (chlubnej przecież) przeszłości. Nawet drobny incydent mógł zaważyć o powrocie do łagrów.

Taki przydarzył się Wacławowi, kiedy 1 maja 1952 r. miał prowadzić ciągnik na defiladę w Strzelinie. Traktor na złość nie chciał zapalić, a pechowego traktorzystę natychmiast posądzono o sabotaż. Na szczęście skończyło się tylko na czasowym aresztowaniu i przesłuchiwaniu w urzędzie bezpieczeństwa. Żona pana Wacława ze strachu spaliła jego legitymację obozową zachowując tylko zdjęcie. Takie to były czasy.

Żyjąca trójka po wojnie (w latach 90.) Emil, Wacław, Henryk (mieszka na Białorusi) otrzymała stopnie oficerskie (Henryk przyjechał na specjalną uroczystość do Warszawy). Szkoda, że dopiero u schyłku ich życia Ojczyzna uhonorowała swoich bohaterów.

 

Opracował
Wiesław Mrówka

2020  Towarzystwo Miłośników Ziemi Wiązowskiej