background
logotype
image1 image2 image3

Mieszkanka Wansen i Wiazowa



Dramatyczne losy babci, matki i wnuczki mogłyby z powodzeniem stanowić fabułę filmu bądź powieści. To także wycinek dramatycznej historii Polaków, którzy wyruszali na obczyznę „za chlebem”. Zawierucha wojenna całkowicie skomplikowała ich losy łącząc je więzami z Niemcami.

Marta Cybulak z Wiązowa jest jedną z tych osób i jedyną mieszkanką miasta, która tu się urodziła przed wojną, w czasie jej trwania tu mieszkała i w nim pozostała.

W monografii historyczno-geograficznej Strzelina autorstwa E. Malczewskiej i S. Michalewicza jest fragment opisujący relację jednego z pierwszych osadników.

Wspomina on, że na drugi dzień po przybyciu do Wiązowa przyszła do niego kobieta poruszona widokiem polskich flag i zapytała: Pan z Polski? Będzie tu Polska? Kiedy usłyszała odpowiedzi, że tu jest już Polska rozpłakała się z radości.

Tą osobą była Barbara Żelazna, która jako panna przybyła do ówczesnej Rzeszy spod Lwowa jeszcze przed I wojną światową. Tu wyszła za mąż za Niemca. Kiedy ten utopił  się w Odrze poślubiła Ślązaka nazwiskiem Żelazny. Ale jej córka Marta nosiła nazwisko Domagała. Ta miała pięcioro dzieci ze związku z Niemcem Saidlerem. Wszyscy urodzili się przed wojną i w czasie jej trwania mieszkali w Wiązowie. Wśród nich Marta Cybulak, która przyszła na świat w 1933 r.

- Niekwestionowaną głową rodziny była babcia, która zmarła w 1995 r. Było biednie, często bywało, że jedzono zupę z brukwi. Ale babcia była kobietą niezwykle przedsiębiorczą. Mieszkała naprzeciw  dzisiejszego domu Cybulaków na ul. 1 Maja (wtedy Brzeskiej), a należał do niej kawał ogrodu przy obecnej ul. Świerczewskiego (wtedy Ogrodowa) za tzw. ”małą szkołą”. Natomiast konie trzymała w zabudowaniach gospodarczych posesji przy ul. Armii Ludowej 28 (d. Nyska), w której obecnie mieszkają państwo Czarny.

Uprawiała warzywa (w tym ogórki) które woziła na handel do pobliskich miast, nawet do Opola. Zamiłowanie do handlu przejęła jej córka, którą jeszcze dzisiaj starsi wiązowianie pamiętają  jako wozaka rozwożącego węgiel. Marta Domagała zmarła w 1988 r. - opowiada Marta Cybulak.

Spokojnie w Wansen

Marta Cybulak mówi, że w mieście nie odczuwało się grozy wojny. Ze swej pamięci przywołuje obraz przedwojennego, zadbanego miasteczka. Prawdziwym cackiem był wybudowany przed wojną basen kąpielowy. Wylicza, gdzie się co znajdowało. Na wyburzonej pierzei zachodniej rynku od strony ul. Kościelnej znajdował się duży dom towarowy, a w skrzydle od ul. Daszyńskiego restauracja, pośrodku jeszcze sklep z czekoladami. Natomiast tu gdzie mieszka p. Jakubowicz był zegarmistrz.

Restauracji w Wiązowie było kilka. Jedna znajdowała się w budynku, gdzie długo działała popularna po wojnie „Oławka”, druga w nieistniejącym budynku, gdzie stoi pomnik  Kombatanta, kolejna na w budynku hotelowym, gdzie obecnie zamieszkują państwo Bajcerowie.

-Tu gdzie kiedyś była betoniarnia, potem papiernia (przy ul. 1 maja) stało kino – wspomina  p. Marta.

W budynku przy Placu Wolności 7 (było - gdzie mieszkał p. Jakubowicz) mieścił się zakład zegarmistrzowski, a przy posesji przy ul. 1 Maja 11 (d. Brzegowa) znajdowała się piekarnia, wyburzona tuż po wojnie. Na ul. 1 Maja (posesja państwa Dębowiczów) znajdował się sklep rybny.

Czynna była cegielnia, fabryka cygar, mleczarnia, (przy obecnej ul. Sikorskiego 2), stacja kolejowa.

W pamięci mieszkanki przedwojennego Wansen utkwiło też zamieszanie związanez zapowiedzią wizyty Hitlera w miejscowej szkole (rok 1940). Była tu silna organizacja Hitlerjugend. Dziś brzmi to niemal sensacyjnie, ale p. Marta twierdzi, że wódz Rzeszy tu był.

Ten niewiarygodny fakt, może być całkiem prawdziwy. Należy przypomnieć, że przecież ówczesny Wiązów leżał w granicach Rzeszy, a od Berlina do Wrocławia to niewielka odległość.Z Wrocławia niemal pod Wiązów wiodła betonowa droga zwana jeszcze po wojnie ,,autostradą”.Cóż dziwnego, że Hitler w czasie służbowej podróży do Breslau znajduje czas, by odwiedzić przodującą organizację młodzieżowa. Przecież propaganda w Rzeszy była niezwykle istotne dla funkcjonowania państwa.

Na pieszo do Barda

Kiedy zbliżał się front rosyjski  na początku 1945 r. Niemców ogarnęła panika. Pakowali dobytek i uciekali. Spakowała się tez matka Marty (przecież była żoną Niemca, który poszedł na wojnę) i z piątką dzieci wyruszyli do Barda, gdzie był punkt zborny.

- Ogromny wóz z dobytkiem ciągnęli moi bracia – przypomina autochtonka.

W Bardzie przesiedzieli dwa tygodnie, po czym przewieziono ich transportem do Bawarii  (ok. 40 km od Monachium).

Babcia Żelazna znająca język ukraiński i rosyjski nie bała się Rosjan. Została w Wiązowie i słała listy namawiające córkę do powrotu. Ta wyrobiła sobie w międzyczasie obywatelstwo polskie. Zdecydowali się wrócić w 1947 r. Kiedy Marta Saidler przyszła się meldować powiedziano jej, aby podała polskie nazwisko. Została zapisana jako Marta Domagała. Przez Czerwony Krzyż odnalazła męża. Ona z dziećmi nie mogła już wyjechać do Niemiec, natomiast jej mąż nie znający języka polskiego też nie zdecydował się na przyjazd do polskiego już Wiązowa. Tak wojna podzieliła na zawsze kolejne dwie osoby.

Nastoletnia Marta zastała inny Wiązów niż go opuszczała przed wyjazdem do Bawarii. Zniszczone domy, cegielnia, fabryka cygar, nadpalony ratusz. Ale najgorsze było to, że to już Polacy rozebrali niektóre będące w dobrym stanie obiekty m.in. kościół ewangelicki czy trzy budynki na końcu ul. 1 Maja  (za posesją p. Filara).

Zamieszkali w obecnym domu przy ul. 1 Maja, który po ich wyjeździe przejęła babcia. Ona sama po powrocie córki z dziećmi przeniosła się do innego budynku.

Nie załamuje rąk

W 1953 r. panna Marta wyszła za mąż za Władysława Cybulaka. Podjęła pracęw restauracji ,,Oławka” , potem trochę czasu sprzedawała w sklepie papierniczym. Jednak zrezygnowała z pracy zawodowej i wspólnie z mężem prowadziła gospodarstwo rolne. Los nie oszczędził jej osobistych dramatów. W 1977 r. zmarła jej jedyna córka Irena. W roku 1994 pochowała syna Bolka, a w 2001 r. męża. W kolejnych latach odeszli synowie: Edek i Zdzisław.

Mimo trudnej sytuacji rodzinnej stara się radzić z przeciwnościami losu. Nie załamuje rąk a przy tym jest pogodnie nastawiona do ludzi. Wiązowianie znając jej sytuację są pełni podziwu dla jej hartu ducha i podejmowanych działań w obejściu. Nie załamał jej nawet pożar stodoły. Dopiero wtedy zrezygnowała z krowy. A była to jedna z ostatnich w Wiązowie.

Opracował
Wiesław Mrówka
2020  Towarzystwo Miłośników Ziemi Wiązowskiej