background
logotype
image1 image2 image3

Ks. Jan Kucy



Polecamy pobrać na dysk ilustrowaną wersję o Ks. Janie Kucym. Wersja PDF, waga 1mb

Pobierz: Ks. Jan Kucy
 


Jubileusz 10 rocznicy powstania  Towarzystwa Miłośników Ziemi Wiązowskiej,  to dobra okazja, aby przypomnieć starszym i przybliżyć młodszym mieszkańcom naszej małej ojczyzny, znamienitą postać księdza Jana Kucego, który w historii Wiązowa zapisał się złotą czcionką, jako postać będąca wzorem do naśladowania.


Poniższy tekst został opracowany na podstawie pracy magisterskie Renaty Jankowskiej (z domu Gruszecka) poświęconej w całości dziejom życia księdza Kucego i jego pracy w powojennym Wiązowie.
 

KS. JAN KUCY

PIERWSZE LATA KAPŁAŃSTWA
 
     Ksiądz Jan Kucy był synem Michała i Rozalii (z domu Parobczak). Urodził się dnia 7 marca 1909 roku w Romaszówce (parafia Chomiakówka), archidiecezji lwowskiej (pow. Czortków, woj. tarnopolskie). Miał trzy siostry i brata. Do Gimnazjum im. J. Słowackiego uczęszczał w Czortkowie.

     Studia filozoficzno-teologiczne ukończył na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie ze stopniem magistra teologii.
 
     Dnia 28 czerwca 1936 r. przyjął  święcenia kapłańskie w archikatedrze lwowskiej z rąk ks. arcybiskupa Bolesława Twardowskiego, metropolity lwowskiego. Po święceniach rozpoczął pracę w charakterze wikariusza i katechety w parafi i Jezierna (dekanat Zborów, woj. tarnopolskie). Parafia liczyła około 3202 osób. Ks. Kucy był katechetą w męsko-żeńskiej szkole powszechnej, ponadto prowadził: Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Żeńskiej oraz Bractwo Różańcowe. Na tej parafi  i przebywał do wybuchu II wojny światowej.

     W 1939 r. został administratorem parafi i Kokutkowce (również dekanat Zborów; ok. 1750 parafian) i był tam do 1944 roku. W czasie wojny – jak wielu młodych księży wówczas – był zaangażowany w organizowanie oddziałów AK na terenie swojej parafii.
     Okres pracy w Kokutkowcach był szczególnie trudny i w pamięci ks. Jana zapisał się okrutnym piętnem do końca życia. Napisze o nim później w kronice parafialnej:      „Tam przeżyłem dwukrotny napad banderowców, w czasie których spalono zabudowania plebanijne, wymordowano kilkanaście ludzi tamtejszej parafii i dzięki tylko zorganizowanej samoobroie uniknięto większych strat w ludziach. Przez dwa lata, także zimy, spało się na wieży kościelnej, co potem odbiło się na zdrowiu. Gdy wojska radzieckie zajęły tereny parafii, trzeba było przeżyć najbardziej koszmarne dni swego życia. Nocne napady zabłąkanych żołnierzy, rabunki i niebezpieczeństwa dla życia. Schwytany w kościele i posądzony o szpiegostwo, następnie stawiony pod murem miałem być rozstrzelany, ale rychła interwencja ludności uratowała mnie od śmierci.”

     Na wieść o polskich jednostkach wojskowych ciągnących przez Wołyń ksiądz Kucy, podobnie jak kilku innych księży, postanowił przyłączyć się do nich, aby jako kapelan posługiwać na froncie. „Przydzielony przez księdza Wilhelma Kubsza, wówczas kapelana I Korpusu, do I brygady saperów pułkownika Bronisława Lubańskiego, ruszył (…) na zachód, przeszedł szlak I Armii w całości.” Również o tym wspomina w kronice parafialnej:
     „Wśród opisanych okoliczności znalazłem się w szeregach Wojska Polskiego organizowanego na Ziemi Radzieckiej, a następnie jako kapelan I Brygady Saperów brałem udział w wojnie z Niemcami aż do jej zakończenia, awansując do stopnia majora".

    Często zdarzało się, że w czasie, kiedy ks. Kucy odprawiał mszę  św. dla żołnierzy, w jego namiocie NKWD przeprowadzało rewizję. Każde kazanie natomiast musiał okazywać władzom wojskowym do zatwierdzenia przez cenzurę.

     Z okresu wojny do dziś zachował się mały notesik ks. Kucego. Na pożółkłych kartkach widnieją zapisane ołówkiem notatki – wiele z nich trudno dziś odczytać, niektóre zapiski trudno dziś zrozumieć. Są tu zanotowane rozkłady nabożeństw i spowiedzi dla żołnierzy, imiona i nazwiska, różne liczby, a także inne – informacje, które musiał zapamiętać lub ogłosić.



   Z wojny ks. Jan przywiózł jeszcze inny notatnik – zatytułowany: Księga bezpowrotnych strat – zabitych na froncie i zmarłych w szpitalu 1. Inż. Sap. Brygady. Zapisał w nim 167 nazwisk żołnierzy poległych w okresie od 2 VIII 1944 r. do 26 VIII 1945 r.

     Czasy II wojny światowej przypominały ks. Janowi Kucemu także różnego rodzaju odznaczenia, które otrzymywał, począwszy od 1945 r. Należą do nich m.in.: Srebrny Krzyż Zasługi (1945), Medal za Odrę, Nysę i Bałtyk (1946), Medal za Warszawę 1939-1945 (1946), Medal za Udział w Walkach o Berlin (1968), Brązowy Medal za Zasługi dla Obronności Kraju (1973), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (1974).

     Demobilizacja zastała go w stopniu majora, natomiast w 1969 r. nadano mu stopień podpułkownika.

     Po zakończeniu II wojny  światowej został skierowany do pełnienia posługi kapłańskiej w parafii Wiązów. Tak zanotował ten fakt w kronice parafialnej: „Po demobilizacji w lutym 1946 r. z polecenia Administratora Apostolskiego ks. dr. Karola Milika objąłem obowiązki duszpasterskie w parafii Wiązów i obowiązki dziekana dla dekanatu Wiązów.”

Na tej parafii spędził resztę swego życia, pracując ofiarnie ponad czterdzieści lat. Tak krótko można opisać drogę ks. Jana Kucego do parafii p.w. św. Mikołaja.

„Ksiądz Jan Kucy w otoczeniu kombatantów po uroczystości 50-lecia kapłaństwa, rok 1986 - od prawej : Józef Rogowski, Józef Skorupski, Karol Ostrowski, Michał Jadach, Stanisław Cieślak, ks. Jan Kucy, delegacja kombatantów ze Strzelina( trzy osoby), Tadeusz Szczepański, Emil Burba, Antoni Biniecki, Stanisław Ratańczuk.”

KS. JAN KUCY JAKO DUSZPASTERZ POLAKÓW I NIEMCÓW W POWOJENNYM WIĄZOWIE

     Na Ziemiach Zachodnich – o czym była mowa już wcześniej – tuż po wojnie odczuwano brak duszpasterzy. W początkowym okresie zagospodarowywania się korzystano z posługi miejscowych księży niemieckich, dopiero potem, stopniowo parafie obejmowali polscy kapłani.


     Podobnie było w przypadku Kościoła w Wiązowie – mówi o tym zapis w „Kronice parafialnej”: „Ludność polską początkowo obsługują Księża niemieccy, których w parafii jest trzech, proboszcz i dziekan zarazem Walter Mutke, Alfons Szwarcer wikary, oraz rezydent ks. Wilhelm Hoppe, który jedyny włada dość dobrze językiem polskim.”

     Pierwszym polskim kapłanem przydzielonym do pracy w Wiązowie był ksiądz Kazimierz Palichowski (od 2 XII 1945 do 27 III 1946 r.). Pochodził on (podobnie jak ks. Kucy) z Archidiecezji Lwowskiej. Z pomocą księży niemieckich zaczyna on organizowanie pracy duszpasterskiej wśród Polaków, nie pracował jednak długo w tej parafii.

     W tym okresie nabożeństwa dla ludności polskiej odprawiane są przez polskiego księdza o godz. 10, następnie udaje się on do kościołów fi  lialnych, nieszpory zaś są o godz. 17.

     „Parafianie coraz bardziej wrastają w nowe dla nich życie choć ciągle jeszcze dręczy zmora tymczasowości, nie mają bardzo chęci zakorzenienia się na „fest” pracują „bo trzeba żyć”. W kościele słyszą słowa zachęty, aby czuli się gospodarzami tych ziem (…), nie bardzo w to wierzą” – taką
rzeczywistość zastaje młody, ale już doświadczony okrutnymi przeżyciami w czasie wojny, kapłan – ksiądz Jan Kucy.

     Swą pracę na placówce rozpoczyna z polecenia Administratora Apostolskiego ks. Karola Milika 6 marca 1946 roku. Tak wspomina ten dzień świadek jego przybycia – ks. Piotr K. Bürkner, wówczas jeden z ministrantów z Wiązowa (obecnie pracownik Kurii w Görlitz):
    „Pewnego razu, gdy byliśmy na plebanii, rozległo się pukanie do drzwi. Gdy ksiądz proboszcz [niemiecki] je otworzył, zobaczyliśmy stojącego żołnierza polskiego. Dzień ten pozostanie w mojej pamięci do końca życia. Żołnierzem tym był ks. Jan Kucy. Przedstawił się proboszczowi, pokazał pismo z Kurii Wrocławskiej, które upoważniało go do posługi kapłańskiej dla Polaków mieszkających na terenie parafi  i. Z wielką pokorą poprosił o lokum dla swojej skromnej osoby (tak siebie określił), choćby na strychu, byleby można było mieszkać. Ksiądz proboszcz przyjął go bardzo serdecznie i odpowiedział, że nie na strychu, ale otrzyma pokój dla siebie i miejsce przy wspólnym stole.”

     Trudne były początki jego pracy duszpasterskiej w Wiązowie – nie tylko ze względu na niepewne samopoczucie Polaków czy obecność parafi  an niemieckich, również z powodu obszaru parafi  i i ogromu pracy, jakiego wymagała obsługa tylu wiernych. Dołączono bowiem, z powodu braku kapłanów, tymczasowo parafi  ę Marianów, Brożec i Polanówkę oraz wieś Łojowice (dopiero w lipcu 1946 r. te miejscowości otrzymały swego duszpasterza).

     Do obowiązków duszpasterza należy też nauczanie religii w szkołach. A nie jest ich mało – wymienia je w „Kronice parafialnej”: Więzów, Ruprechtów, Kowalów, Witowice, Krużnów, Gułów, Miechowice, Wawrzyńczyce [obecnie: Wawrzęcice – przyp. R. G.]. O tych obowiązkach wspomina:
„Warunki są takie, że trzeba łączyć dwie szkoły w jednym dniu.”

     Nie można zapominać, że komunikacja w tym czasie nie funkcjonowała sprawnie, dlatego ks. Kucy pisze, że „Dojazdy do szkół i na nabożeństwa odbywają się furmankami, w lecie rowerem.”

     W tym trudnym okresie Niemców i Polaków jednoczyło wspólne świętowanie. Ci drudzy szczególnie przeżywali swoje pierwsze uroczystości religijne po zakończeniu koszmaru, jaki stanowiła dla nich wojna.

     Obrzędy Wielkiego Tygodnia ks. Jan sprawował wspólnie z księżmi niemieckimi.

     24 kwietnia udzielił I Komunii Świętej dzieciom i dorosłym, przygotowania odbywały się dwa razy w tygodniu – były to dodatkowe zajęcia polskiego księdza, co zaświadcza o niezwykłej pracowitości i zaangażowaniu ks. Jana w sprawy życia religijnego parafian.

     Równie uroczyście świętowano 3 maja (Msza św., pochód na rynek, okolicznościowe przemówienia) oraz Boże Ciało. Na pewno było to niezwykłe przeżycie dla młodego kapłana, bo tak napisał o tym później w „Kronice parafialnej”:

     „Boże Ciało. Procesję wspólnie z Niemcami do ołtarzy na rynku, śpiewy wykonywali na przemian Polacy i Niemcy, również na przemian procesji przewodniczył ks. polski i niemiecki, co było bardzo budujące dla Polaków i Niemców. Chrystus Eucharystyczny wszystko jednoczył. U stóp Eucharystii nie ma „Żyda ani Greka”, jest jedno Ciało mistyczne – Kościół Powszechny, wszystkich jednoczy jedna wiara, jeden Bóg utajony. Chrystus wszystkich pojednał i pogodził, gdyby tak zawsze było, na co dzień nie byłoby tragicznych wojen. Czy kiedyś ludzkość to pojmie ku swojemu wybawieniu.”

     Kolejnym wspólnotowym akcentem była wizyta w parafii Wiązów niemieckiego biskupa, który przemówił również po polsku, co bardzo Polakom się spodobało.

     Wiele łez i wzruszeń przyniosła uroczystość Wszystkich Świętych. Dla ks. Kucego to był także dzień wspomnień wszystkich ofiar wojny, których znał osobiście. Odpust parafialny w dniu 6 grudnia 1946 r. zgromadził wiernych i księży przybyłych z sąsiednich parafii. Ks. Jan dostrzegł wtedy pierwsze zarysy nowej wspólnoty i oznaki umacniania wiary u swoich parafian.

     Boże Narodzenie znów stało się okazją do zacieśnienia więzów Polaków i Niemców jako członków jednego Kościoła. Świątynia wypełniona po brzegi, przybyło również dużo Niemców:
     „Zagrzmiały słowa kolędy Wśród nocnej ciszy (…). Niemcy byli pełni podziwu dla melodii i żywiołowości polskich kolęd. Pasterka stała się wielkim przeżyciem dla wiernych.” I nie tylko pasterka – również uroczystość św. Szczepana zgromadziła na polskiej Mszy św. wielu Niemców, którzy chcieli jeszcze posłuchać śpiewu polskich kolęd.

     Nie od razu jednak Polacy zachwycali swym śpiewem. Ks. Jan opisuje w „Kronice parafialnej” trudności, na jakie napotkał na początku swej pracy w Wiązowie i sposób, w jaki sobie z nimi poradził:
     „Do tych wszystkich trosk i kłopotów przybywa jeszcze jedna. Już jesteśmy rok na tych Ziemiach, a nasze nabożeństwa jeszcze bardzo różnią się od niemieckich. Niemcy śpiewają zwarto, pięknie (nic dziwnego, są jednolici, od lat biorą udział w swoim kościele parafialnym). Polacy tworzący teraz parafię są zlepkami różnych tradycji, zwyczajów, regionów (przysłowie mówi: co wieś, to pieśń) i to w pełni uwydatnia się w nabożeństwach liturgicznych, głównie w pieśniach. Próby rozśpiewania wiernych dają słabe wyniki. Nie mamy jeszcze organisty Polaka, gra na organach organistka Niemka, także na nabożeństwach polskich, melodie wygrywa, ale za skarby świata nie może wymówić poprawnie słów polskich co wprawia wiernych w śmiech i wesoły humor."

     Wspomnienie niemieckiego ministranta o pracy ks. Jana w tym okresie daje świadectwo radosnego wypełniania obowiązków duszpasterskich w trudnych dniach, a także promieniowania jego osobowości i entuzjazmu na współpracowników: „Usługiwałem mu wraz z polskim ministrantem nie tylko w kościele parafialnym. Jeździliśmy do kościołów filialnych, a parafia wówczas była duża i rozległa. Ks. Kucy odprawiał msze św. nie tylko dla Polaków, ale dla wszystkich, którzy w niej uczestniczyli. Ja mu usługiwałem i pomagałem w poznawaniu parafii i okolicy. Z każdym dniem go
bardziej poznawałem, podziwiałem i szanowałem. Ksiądz był skromnym człowiekiem, a przy tym bardzo pogodnym i wesołym i nigdy się nie skarżył, a bardzo ofiarnie pracował.

     W związku ze zniszczeniami wojennymi należało zająć się odbudową świątyń. Opis ich stanów pojawia się w „Kronice parafialnej”: „Wielką troską i zmartwieniem naszym wspólnym jest stan kościołów w parafii. Wszystkie kościoły w parafi i są mocno uszkodzone. Dach na kościele parafialnym strzaskany, dziury na dachu nakryte słomą, wieża podziurawiona pociskami, okna powybijane, strop w dwóch miejscach podziurawiony. Zbliża się zima. Organizujemy zbiórkę dachówek z rozwalonych domów i tak zabezpieczamy prowizorycznie dachy. To samo w kościele Witowice, Księżyce i Gułowie. 25.IX. Akcja zabezpieczania kościołów już prawie ukończona, pomagają nam Niemcy, mają dobrych fachowców, ale wszystko się robi bez zaprawy wapiennej, dachówka rozmaitych formatów i kolorów, pstrokate to wszystko i brzydkie ku wejrzeniu, ale deszcz nie leje się do kościołów. Z tego powodu mamy przykrości od władz miejscowych, partyjnych, którzy powiadają, że dachówka jest im potrzebna, ale jak dotąd o nic się nie troszczą. Plagą są szabrownicy, którzy co mogą i potrafią wykradają nawet z kościołów i wywożą.”

     Jak ciężka była to praca i jak wiele wysiłku nie tylko fizycznego wymagała – wspomina ks. Jan o tym w innej rozmowie: „Na początku szło o to, aby nie dać się obezwładnić ruinom, strachom, ani własnemu zmęczeniu. (…) Zabrałem się do zabezpieczenia kościoła, dziury w dachu pokryłem słomą. Ludzie to zobaczyli, zaczęli mi pomagać. Więc wyprowadziłem ich w ruiny, wybieraliśmy cegły, każdą czyścili, składali i nosili. Kościół i plebanię odbudowaliśmy dosłownie własnymi rękami.”
 
     Rok 1947 – drugi rok pracy na parafii w Wiązowie przyniósł nowe sprawy, nowe troski, ale samopoczucie księdza i parafian było już zupełnie inne. Nie upływał pod znakiem tymczasowości, lecz wreszcie mieszkańcy poczuli się gospodarzami tych ziem i pełnoprawnymi członkami nowej społeczności. Widoczne to jest w podejmowanych działaniach, pracach, jakie wykonywano, również w sposobie traktowania spraw Bożych.

     To następny rok intensywnej pracy ks. Jana. Rozpoczął się pierwszą powojenną „kolędą”.
Czytamy o tym w „Kronice”: „Rozpocząłem pierwszą „kolędę rodzinną” na Ziemiach Odzyskanych, wszędzie bardzo życzliwie przyjmują, nawet partyjni. Kolęda ma dać rozeznanie warunków życia naszych wiernych na tych Ziemiach, a także dać możność sporządzenia kartoteki dusz w parafii.”

     Nie mogłoby zabraknąć księdza w życiu społecznym miasta, dlatego zjawił się przy otwarciu nowego budynku szkolnego: „Poświęcenie nowej szkoły w budynku, który był fabryką tytoniu do roku 1945. Jest obecny p. Starosta, władze administracyjne i partyjne. Wygłosiłem też okolicznościowe przemówienie, ofiarując pomoc Kościoła dla wychowania dzieci na dobrych obywateli Ojczyzny Odrodzonej.”

     Do czerwca tego roku mieszka ks. Kucy nadal z księżmi niemieckimi i posługuje niemieckim parafianom. O swej sytuacji na plebanii i stosunkach ze współmieszkańcami pisze w „Kronice”: „Nadal mieszkam na komornym. Zajmuję na plebanii jeden pokój, który jest zarazem kancelarią parafialną. Razem z księżmi niemieckimi wiktujemy się utrzymując się z ofiar wiernych, głównie Polaków, gospodynią jest Niemka. Również służba kościelna jest niemiecka, organistka, kościelny, stosunki z księżmi niemieckimi są serdeczne, choć początkowo odnosili się do mnie nieufnie, a to z tej przyczyny, że przybyłem do Wiązowa jako demobilizowany oficer nawet w uniformie żołnierskim, w którym jeszcze do dziś chodzę, ponieważ sutanny jeszcze nie mogę sobie sprawić. Ale z czasem zżyliśmy się serdecznie, dużo razy interweniowałem u władz miejscowych w różnych sytuacjach i trudnościach, na jakie napotykali. Zwierzył mi się nawet ks. Mutke, że z początku bardzo się bał mnie.”

     Wydarzeniem, które poruszyło parafię , była ewakuacja Niemców w czerwcu 1947 roku. Ks. Jan tak krótko opisałuczucia, jakie temu towarzyszyły: „Przykre to było przeżycie Niemców, ale po części i dla Polaków, gdyż działy się nadużycia i niegodne wybryki niepoczytalnych ludzi, co jako cień padnie na dobre imię Polaków. Tak więc zostałem sam dla obsługi swoich wiernych, a także znikomej pozostałej ludności niemieckiej.”

     Warto tu jeszcze przytoczyć inne wspomnienie dotyczące ks. Jana i tamtego okresu: „…kochał pokój, kochał ludzi. A trudno było Polakom po wojnie kochać (miłością bliźniego) Niemców, ksiądz Prałat, jak wspomina prałat Bürkner z Görlitz, nie czynił różnicy pomiędzy ministrantami Polakami i Niemcami. On to przez swoje braterstwo pomógł po ludzku znieść te upokorzenia, które spadły na Niemców po wojnie.”

     Samodzielna praca na parafii wymagała nowego rozkładu dnia. W niedzielę ks. Jan odprawiał dwie msze św. w kościele parafialnym oraz w trzech kościołach filialnych, które są oddalone o kilka kilometrów od Wiązowa.

Czasem odprawiał też w czwartej filii – w Starym Wiązowie. Niedzielny wieczór natomiast to nieszpory we wszystkich wspomnianych kościołach. Dwie kaplice, jakie zorganizowano w prywatnych budynkach, zostały przejęte na cele państwowe (w Karszówku i w Miechowicach).

     Ks. Kucy podpisał umowę z nowym organistą – Tadeuszem Leszczyńskim, pochodzącym z parafii Łoszniów. Zaczął też organizować chór kościelny, do którego zgłosiło się wówczas 25 osób, głównie młodych. Założono w tym czasie również Rady Parafialne przy poszczególnych kościołach.

     Te początki samodzielnego organizowania parafii były ciężkie, ale ks. Jan nie zwracał uwagi na trudności, nie skarżył się, podjął wyzwanie i udało mu się. Wierni zaczęli wreszcie tworzyć wspólnotę, jednoczyć się przy Kościele i pracy związanej z sytuacją na parafii. Dlatego ich śpiew podczas mszy św. kończącej ten pracowity rok był żywiołowy i przepełniony optymizmem.

     W pierwszych latach powojennych ksiądz Jan pełnił rolę nie tylko duchowego przewodnika i kapłana, ale pomagał często w prozaicznych, codziennych kłopotach swoim wiernym. I o tym opowiadał: „Mój Boże, drzwi się nie zamykały! Ksiądz musiał być wtedy wszystkim: doradzić w gospodarce, w chorobie, w każdej biedzie, napisać podanie, załatwić w urzędzie. Przede wszystkim repatrianci nawykli widzieć w księdzu jednego ze swoich przewodników w życiu.”

     Taka była rola kapłana w powojennym Wiązowie. Ks. Kucy wspaniale potrafił znaleźć się w tej rzeczywistości, co widać na przykładzie opisanych faktów. Starał się być zawsze dla swoich wiernych, nigdy nie odmawiał im pomocy, nawet w nietypowych sprawach. Miał talent jednoczenia ludzi, umiał z nimi rozmawiać i rozwiązywać spory.

     Opowie o tym po latach: „Wiecznie w drodze, od wsi do wsi, na furmance, rowerze albo piechotą, po śniegu i w błocie, od kościoła do kościoła, od szkoły do szkoły, zawsze z ludźmi, wśród ich spraw, albo z rękami urobionymi po łokcie przy łataniu murów, nie tylko kościelnych… (…) sam dziś nie bardzo rozumiem jak mi się to wszystko udało…”

     Uczniowie wspominają ks. Kucego, jako człowieka spokojnego i wyrozumiałego, katechetę który zawsze życzliwie traktował swoich wychowanków. Umiał im wszystko cierpliwie wytłumaczyć, ale równocześnie był wymagający w sprawach wiary. Przyszło mu także pracować w trudnym okresie, dla kościoła katolickiego w Polsce z uwagi na ateizującą politykę władz. Z tego też powodu napotkał na drodze swojej posługi, wiele przykrości i kłopotów.

     Ks. Jan Kucy pełnił obowiązki dziekana dekanatu Wiązów od 06.III.1945 do 31.VI.1972r. Z dniem 01.VII.1972r, na mocy
pisma ab. Bolesława Kominka, jego obowiązki przejął Jan Tympalski, pracujący wcześniej w parafii w Strzelinie. Ks. Jan Kucy został zaś mianowany Dziekanem Honorowym tego dekanatu. 30.VI.1984r. na mocy pisma ab. Henryka Gulbinowicza, ks. Jan został zwolniony ze stanowiska administratora parafii Wiązów i przeniesiony do stanu spoczynku. Jego obowiązki przejął ks. Krzysztof Rutkowski, a ks. Janowi przyznano mieszkanie w domu Księży Emerytów we Wrocławiu. Ks. Kucy nie skorzystał jednak z tej propozycji, pozostał na parafii w Wiązowie, gdzie spędził 40 lat swojego życia. W czerwcu 1986r. obchodził uroczysty jubileusz 50-lecia pracy kapłańskiej. Ostatnie dni życia spędził w miejscowym szpitalu, gdzie zmarł 30.V.1988r. O tym księdzu, proboszczu i człowieku nie wolno nam zapomnieć, a młodym ludziom trzeba przybliżyć tą charyzmatyczną postać.

Publikacja ta powstała dzięki sponsorom
Opracowała Anna Jadach

 

 

2020  Towarzystwo Miłośników Ziemi Wiązowskiej